>>EntEr
flash mob - to kolejny rodzaj aktywności publicznej o znamionach artyzmu, organizowanej w przestrzeni miejskiej. zjawisko to zostało spopularyzowane w wielu krajach świata i wciąż zyskuje ogromne ilości fanów - choć z drugiej strony, by jego magia nie uleciała w powszedniości, takie akcje nie są organizowane zbyt często. zwłaszcza, że warunkami niezbędnymi do udanego flash mobu jest spontaniczność, zaskoczenie, tajemniczość i przede wszystkim "naturalność występu". Na czym ona polega?
póki jeszcze nie doszliśmy do punktu, gdzie miał miejsce niedawno organizowany w warszawie flash mob (dopiero mijamy bramę uniwersytecką; swoją drogą, przypomniałem sobie, jak jeszcze nie tak dawno rozbrzmiewały tu delikatne melodie złotej trąbki, a teraz pustka ta wypełniona jest kurzem, hałasem silników i światłem słonecznym), opowiem wam trochę o tej konwencji. otóż sama nazwa oznacza w języku angielskim błyskawiczny tłum. ze względu na charakter akcji flash mob można zaliczyć do sztuki performance'u, gdyż jego uczestnicy stają się jednocześnie twórcą i tworzywem występu, który inicjują. o jego powodzeniu zadecyduje tłum złożony z nieznających się nawzajem osób. szczególną rolę odegra szybki przekaz informacji, umiejętność zorganizowania się większej grupy ludzi w konkretnym miejscu o danym czasie i chęć do działania, by zrealizować znany zawczasu cel. dlatego też są to zwykle miejsca publiczne, które oprócz przestrzeni, gdzie z łatwością można zrobić spontaniczne, niekonwencjonalne spotkanie, stwarzają warunki do niezbędnego przykucia uwagi przechodniów, którzy we flash mobie nie biorą udziału.
od roku 2003, kiedy powstało to zjawisko pod szyldem 'mob project', akcje te stawiały sobie różne zadania: propagowały konkretne idee, stawały się płynną formą sceniczną, zyskiwały charakter komercyjny lub - jak to dzisiaj najczęściej bywa - nabierały nowego kształtu rozrywki. jak podaje bezbrzeżny internet, zabawa polegała na zgromadzeniu się w sklepie Macy’s i dopytywaniu się sprzedawców o dywanik miłości dla komuny. kolejne akcje polegały na oddawaniu pokłonów ogromnej figurce pluszowego dinozaura ustawionej w jednym ze sklepów z zabawkami na Times Square, klaskaniu wewnątrz ekskluzywnego hotelu albo obserwacji fikcyjnego przedstawienia. oczywistym jest fakt, że im więcej osób weźmie udział w tym przedsięwzięciu, tym ciekawsze i bardziej imponujące zyska ono wrażenie wizualne oraz poparcie publiczności (czyli przechodniów).
tak oto pojedyncze zjawiska, drogą popularyzacji, procesu "podaj dalej!", przekształciły się w ruchy, a te znowu dały początek konkretnym grupom zrzeszającym fanów tego typu akcji. największą zbiorowością flash mobową w polsce i jednocześnie jedną z największych na świecie (obok stanów zjednoczonych, które dały temu początek oraz australii i rosji) jest 'warszawski front abstrakcyjny', który od pamiętnego roku 2003 zrealizował już kilkadziesiąt akcji (może to się wydawać niedużo, jednak odnieśmy się do wspomnianego wcześniej "wstrętu do powszedniości"). aczkolwiek jednym z pierwszych polskich miast, w których flash mob został urządzony, był radom, gdzie sześćdziesiąt osób zachwycało się doskonałością bułek z serem.
jesteśmy już przy ulicy miodowej, za chwilę dotrzemy na miejsce. o flash mobie dowiedziałem się tak jak miałem się dowiedzieć - jako potencjalny członek przedsięwzięcia, jeden z wielu, który miał pomóc uzyskać pożądany efekt. któregoś razu wchodząc na facebooka, co zdarza mi się stosunkowo często, zauważyłem, że kolega zaprosił mnie do jednego z wydarzeń. chodziło właśnie o flash mob, który miał być zorganizowany tu, gdzie aktualnie stoimy, to jest na placu zamkowym, w sąsiedztwie kolumny zygmunta. występ odbył się 6 czerwca punktualnie o godzinie 18:00 i trwał 5 minut. przejrzałem stronę wydarzenia. informacja doszła do mnie ze sporym wyprzedzeniem - prawidłowo: był czas na decyzję i poinformowanie innych. kiedy oświadczamy, że weźmiemy udział w zabawie - a tak też uczyniłem - czujemy odśrodkową "moc konwencji widowiska", nakazującą nam na fali iskry podniecenia podać dalej, kontynuować grę, gdyż gra już się zaczęła. może warto spojrzeć nieco świeższym okiem na to zjawisko i potraktować proces wymiany informacji za konkretną, autonomiczną część samego już widowiska - choć dla szerszej publiczności jest ona utajona. nie posiadając publiczności (wedle informacji z wpisu o genezie poruszanego problemu) nie może ona przybrać kształtu konkretnego przedstawienia, niemniej nie można oprzeć się wrażeniu, które w takich chwilach mówi nam: "hihi! wy jeszcze nic nie wiecie, ale my już dawno gramy!".
opis wydarzenia był długi, wyczerpujący - i może niepotrzebnie. w ten sposób, paradoksalnie, akcja traciła na tak cennej dla niej enigmatyczności i euforii. że bierzemy udział w czymś rzadkim, niebanalnym. na początku kariery tego zjawiska dana osoba otrzymywała krótki sms (od osoby znajomej lub nie): "ulica marszałkowska, 16:00, żółty strój" - i wszystko było wiadome. tajemnicze, a jednocześnie jasne - jakbyśmy należeli do loży masońskiej.
później, kiedy założyłem tego bloga, stwierdziłem, że zamiast uczestniczyć czynnie w wydarzeniu, lepiej będzie wpaść na stare miasto i zwyczajnie przyjrzeć się mu, opisać je (może to był błąd). to będzie świetny materiał na wpis tutaj! - pomyślałem. niestety trochę się spóźniłem ("zaledwie" 2 minuty), więc kiedy wypadłem ze schodów prowadzących z trasy w-z na plac, wszystko już trwało - i wierzcie mi, wrażenie wizualne było tym bardziej piorunujące. z jednej strony wiedziałem doskonale, czego się spodziewać, lecz kiedy ujrzałem rezultat rozsyłanych wcześniej informacji, uczucie sympatycznego szoku nie mogło mnie ominąć.
6 czerwca o godzinie 18:00 tłum ludzi zebranych na placu zamkowym zamarł na dobre 5 minut. gdy wybiła godzina, każdy zatrzymał się w pozie, w jakiej aktualnie wtedy był. chcecie to zobaczyć?
http://www.youtube.com/watch?v=IbvPzkBFZ1w
[miejsce: plac zamkowy_stare miasto
[czas: 18:00_pogoda dobra i słoneczna
[akcja: flash mob_przypadkowi ludzie_zamierają w miejscu na 5 minut
==
jeśli chodzi o przestrzeń widowiska, była ona nieregularna, pozbawiona konkretnych granic. "punktem emisji" wpływu wydarzenia na innych była kolumna zygmunta, jednak proces "podaj dalej!" swobodnie docierał np. na krakowskie przedmieście. występ miał charakter skupiska punktów performance'owych (chodzi o poszczególne ciała-tworzywa osób występujących).
zarówno aktorzy, jak i widzowie byli tu osobami przypadkowymi, stanowiącymi część tego samego tłumu. rozróżniała ich dopiero sytuacja, wydarzenie, którego początek stanowił punkt startowy dla wszelkich interakcji, jakie wytworzyły się między aktorami - osobami świadomymi udziału w przygotowanym występie, a widzami - osobami nieświadomymi odbioru czy też własnego udziału. z tym, że nieświadomość ta trwała dosyć krótko - nawet średnio zainteresowani ludzie docierają do informacji, czym jest flash mob. ponadto przyzwyczajeni do różnych akcji w przestrzeni miejskich szybko zrozumieli, że "w tym szaleństwie jest metoda".
wpływ aktorów na publiczność, przejawiający się jej udziałem w występie, polegał na dwóch wariantach:
1) jedni widzowie, zaabsorbowani wydarzeniem, podchodzili bliżej, obserwowali zachowania aktorów, uwieczniali ich na zdjęciach i filmach, komentowali całe zajście (częściej)
2) drudzy, świadomi formy tego zjawiska lub też nie, naśladowali zachowania aktorów, tym samym stając się integralną cząstką tworzywa występu (rzadziej)
(warto dodać, że cała akcja nie posiadała celów zarobkowych ani komercyjnych - aktorzy nie oczekiwali od publiczności pieniężnego wynagrodzenia, jak miało to miejsce w ostatnio opisywanej przeze mnie sytuacji)
z tego ogólnego rysu sytuacji wynika, że pomimo całej spontaniczności przedsięwzięcia nie osiągnęło ono poziomu happeningu, czyli naturalnego, pełnego współudziału publiczności w akcji. w przeciwieństwie do happeningu, "dzieło" flash mobu zamknięte jest pewnymi ramami (czasu, pełnionej roli - w tym wypadku znieruchomienie), ponadto wymaga wcześniejszego poinformowania uczestników. jeśli więc chodzi o tworzywo widowiska, jest ono zarezerwowane dla konkretnych, zaznajomionych ze sprawą osób (lub raczej, w myśl sztuki performance'u, to konkretne, zaznajomione ze sprawą osoby stają się tworzywem tego widowiska).
trudno jednak powiedzieć, by ktokolwiek, kto znalazł się w zasięgu wpływu tego występu (czyli w przybliżeniu: okolicze placu zamkowego) pozostał obojętny na nie lub potraktował je zupełnie obojętnie. to co dało się zauważyć, to zdecydowanie większy entuzjazm ze strony młodszych osób. nie podobało mi się (i nie tylko mnie - słyszałem podobne głosy w tłumie) to jawne okazanie, że "no! udało nam się" - w postaci oklasków. zwykle ostateczną tajemniczość zjawiska podbijał fakt, iż nagle przypadkowi ludzie, niczym nie wyróżniający się z masy przechodniów zajmujących przestrzeń miejską, wyczyniali coś dziwnego, a po skończonej robocie kontynuowali normalne czynności, jakby nic się nie wydarzyło. tu tego zabrakło - widać popularyzacja tej formy rozrywki sprawiła, że wszyscy wiemy, o czym mówimy i co robimy, chodzi tylko o to, by się udało. ale udało się i to bardzo fajnie. miasto na 5 minut nabrało nowych, dodatkowych, krzykliwych barw.
następnym razem dobrze by było przedstawić relacje z drugiej strony barykady widowiska, z perspektywy aktora - pomyślałem. pewnie nadarzy się jeszcze niejedna okazja - w końcu miasto tętni życiem :)
ExIt#_
wtorek, 29 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz