wtorek, 29 czerwca 2010

II : podaj dalej !

>>EntEr

flash mob - to kolejny rodzaj aktywności publicznej o znamionach artyzmu, organizowanej w przestrzeni miejskiej. zjawisko to zostało spopularyzowane w wielu krajach świata i wciąż zyskuje ogromne ilości fanów - choć z drugiej strony, by jego magia nie uleciała w powszedniości, takie akcje nie są organizowane zbyt często. zwłaszcza, że warunkami niezbędnymi do udanego flash mobu jest spontaniczność, zaskoczenie, tajemniczość i przede wszystkim "naturalność występu". Na czym ona polega?

póki jeszcze nie doszliśmy do punktu, gdzie miał miejsce niedawno organizowany w warszawie flash mob (dopiero mijamy bramę uniwersytecką; swoją drogą, przypomniałem sobie, jak jeszcze nie tak dawno rozbrzmiewały tu delikatne melodie złotej trąbki, a teraz pustka ta wypełniona jest kurzem, hałasem silników i światłem słonecznym), opowiem wam trochę o tej konwencji. otóż sama nazwa oznacza w języku angielskim błyskawiczny tłum. ze względu na charakter akcji flash mob można zaliczyć do sztuki performance'u, gdyż jego uczestnicy stają się jednocześnie twórcą i tworzywem występu, który inicjują. o jego powodzeniu zadecyduje tłum złożony z nieznających się nawzajem osób. szczególną rolę odegra szybki przekaz informacji, umiejętność zorganizowania się większej grupy ludzi w konkretnym miejscu o danym czasie i chęć do działania, by zrealizować znany zawczasu cel. dlatego też są to zwykle miejsca publiczne, które oprócz przestrzeni, gdzie z łatwością można zrobić spontaniczne, niekonwencjonalne spotkanie, stwarzają warunki do niezbędnego przykucia uwagi przechodniów, którzy we flash mobie nie biorą udziału.

od roku 2003, kiedy powstało to zjawisko pod szyldem 'mob project', akcje te stawiały sobie różne zadania: propagowały konkretne idee, stawały się płynną formą sceniczną, zyskiwały charakter komercyjny lub - jak to dzisiaj najczęściej bywa - nabierały nowego kształtu rozrywki. jak podaje bezbrzeżny internet, zabawa polegała na zgromadzeniu się w sklepie Macy’s i dopytywaniu się sprzedawców o dywanik miłości dla komuny. kolejne akcje polegały na oddawaniu pokłonów ogromnej figurce pluszowego dinozaura ustawionej w jednym ze sklepów z zabawkami na Times Square, klaskaniu wewnątrz ekskluzywnego hotelu albo obserwacji fikcyjnego przedstawienia. oczywistym jest fakt, że im więcej osób weźmie udział w tym przedsięwzięciu, tym ciekawsze i bardziej imponujące zyska ono wrażenie wizualne oraz poparcie publiczności (czyli przechodniów).

tak oto pojedyncze zjawiska, drogą popularyzacji, procesu "podaj dalej!", przekształciły się w ruchy, a te znowu dały początek konkretnym grupom zrzeszającym fanów tego typu akcji. największą zbiorowością flash mobową w polsce i jednocześnie jedną z największych na świecie (obok stanów zjednoczonych, które dały temu początek oraz australii i rosji) jest 'warszawski front abstrakcyjny', który od pamiętnego roku 2003 zrealizował już kilkadziesiąt akcji (może to się wydawać niedużo, jednak odnieśmy się do wspomnianego wcześniej "wstrętu do powszedniości"). aczkolwiek jednym z pierwszych polskich miast, w których flash mob został urządzony, był radom, gdzie sześćdziesiąt osób zachwycało się doskonałością bułek z serem.

jesteśmy już przy ulicy miodowej, za chwilę dotrzemy na miejsce. o flash mobie dowiedziałem się tak jak miałem się dowiedzieć - jako potencjalny członek przedsięwzięcia, jeden z wielu, który miał pomóc uzyskać pożądany efekt. któregoś razu wchodząc na facebooka, co zdarza mi się stosunkowo często, zauważyłem, że kolega zaprosił mnie do jednego z wydarzeń. chodziło właśnie o flash mob, który miał być zorganizowany tu, gdzie aktualnie stoimy, to jest na placu zamkowym, w sąsiedztwie kolumny zygmunta. występ odbył się 6 czerwca punktualnie o godzinie 18:00 i trwał 5 minut. przejrzałem stronę wydarzenia. informacja doszła do mnie ze sporym wyprzedzeniem - prawidłowo: był czas na decyzję i poinformowanie innych. kiedy oświadczamy, że weźmiemy udział w zabawie - a tak też uczyniłem - czujemy odśrodkową "moc konwencji widowiska", nakazującą nam na fali iskry podniecenia podać dalej, kontynuować grę, gdyż gra już się zaczęła. może warto spojrzeć nieco świeższym okiem na to zjawisko i potraktować proces wymiany informacji za konkretną, autonomiczną część samego już widowiska - choć dla szerszej publiczności jest ona utajona. nie posiadając publiczności (wedle informacji z wpisu o genezie poruszanego problemu) nie może ona przybrać kształtu konkretnego przedstawienia, niemniej nie można oprzeć się wrażeniu, które w takich chwilach mówi nam: "hihi! wy jeszcze nic nie wiecie, ale my już dawno gramy!".

opis wydarzenia był długi, wyczerpujący - i może niepotrzebnie. w ten sposób, paradoksalnie, akcja traciła na tak cennej dla niej enigmatyczności i euforii. że bierzemy udział w czymś rzadkim, niebanalnym. na początku kariery tego zjawiska dana osoba otrzymywała krótki sms (od osoby znajomej lub nie): "ulica marszałkowska, 16:00, żółty strój" - i wszystko było wiadome. tajemnicze, a jednocześnie jasne - jakbyśmy należeli do loży masońskiej.

później, kiedy założyłem tego bloga, stwierdziłem, że zamiast uczestniczyć czynnie w wydarzeniu, lepiej będzie wpaść na stare miasto i zwyczajnie przyjrzeć się mu, opisać je (może to był błąd). to będzie świetny materiał na wpis tutaj! - pomyślałem. niestety trochę się spóźniłem ("zaledwie" 2 minuty), więc kiedy wypadłem ze schodów prowadzących z trasy w-z na plac, wszystko już trwało - i wierzcie mi, wrażenie wizualne było tym bardziej piorunujące. z jednej strony wiedziałem doskonale, czego się spodziewać, lecz kiedy ujrzałem rezultat rozsyłanych wcześniej informacji, uczucie sympatycznego szoku nie mogło mnie ominąć.

6 czerwca o godzinie 18:00 tłum ludzi zebranych na placu zamkowym zamarł na dobre 5 minut. gdy wybiła godzina, każdy zatrzymał się w pozie, w jakiej aktualnie wtedy był. chcecie to zobaczyć?

http://www.youtube.com/watch?v=IbvPzkBFZ1w

[miejsce: plac zamkowy_stare miasto

[czas: 18:00_pogoda dobra i słoneczna

[akcja: flash mob_przypadkowi ludzie_zamierają w miejscu na 5 minut
==

jeśli chodzi o przestrzeń widowiska, była ona nieregularna, pozbawiona konkretnych granic. "punktem emisji" wpływu wydarzenia na innych była kolumna zygmunta, jednak proces "podaj dalej!" swobodnie docierał np. na krakowskie przedmieście. występ miał charakter skupiska punktów performance'owych (chodzi o poszczególne ciała-tworzywa osób występujących).

zarówno aktorzy, jak i widzowie byli tu osobami przypadkowymi, stanowiącymi część tego samego tłumu. rozróżniała ich dopiero sytuacja, wydarzenie, którego początek stanowił punkt startowy dla wszelkich interakcji, jakie wytworzyły się między aktorami - osobami świadomymi udziału w przygotowanym występie, a widzami - osobami nieświadomymi odbioru czy też własnego udziału. z tym, że nieświadomość ta trwała dosyć krótko - nawet średnio zainteresowani ludzie docierają do informacji, czym jest flash mob. ponadto przyzwyczajeni do różnych akcji w przestrzeni miejskich szybko zrozumieli, że "w tym szaleństwie jest metoda".

wpływ aktorów na publiczność, przejawiający się jej udziałem w występie, polegał na dwóch wariantach:

1) jedni widzowie, zaabsorbowani wydarzeniem, podchodzili bliżej, obserwowali zachowania aktorów, uwieczniali ich na zdjęciach i filmach, komentowali całe zajście (częściej)
2) drudzy, świadomi formy tego zjawiska lub też nie, naśladowali zachowania aktorów, tym samym stając się integralną cząstką tworzywa występu (rzadziej)

(warto dodać, że cała akcja nie posiadała celów zarobkowych ani komercyjnych - aktorzy nie oczekiwali od publiczności pieniężnego wynagrodzenia, jak miało to miejsce w ostatnio opisywanej przeze mnie sytuacji)

z tego ogólnego rysu sytuacji wynika, że pomimo całej spontaniczności przedsięwzięcia nie osiągnęło ono poziomu happeningu, czyli naturalnego, pełnego współudziału publiczności w akcji. w przeciwieństwie do happeningu, "dzieło" flash mobu zamknięte jest pewnymi ramami (czasu, pełnionej roli - w tym wypadku znieruchomienie), ponadto wymaga wcześniejszego poinformowania uczestników. jeśli więc chodzi o tworzywo widowiska, jest ono zarezerwowane dla konkretnych, zaznajomionych ze sprawą osób (lub raczej, w myśl sztuki performance'u, to konkretne, zaznajomione ze sprawą osoby stają się tworzywem tego widowiska).

trudno jednak powiedzieć, by ktokolwiek, kto znalazł się w zasięgu wpływu tego występu (czyli w przybliżeniu: okolicze placu zamkowego) pozostał obojętny na nie lub potraktował je zupełnie obojętnie. to co dało się zauważyć, to zdecydowanie większy entuzjazm ze strony młodszych osób. nie podobało mi się (i nie tylko mnie - słyszałem podobne głosy w tłumie) to jawne okazanie, że "no! udało nam się" - w postaci oklasków. zwykle ostateczną tajemniczość zjawiska podbijał fakt, iż nagle przypadkowi ludzie, niczym nie wyróżniający się z masy przechodniów zajmujących przestrzeń miejską, wyczyniali coś dziwnego, a po skończonej robocie kontynuowali normalne czynności, jakby nic się nie wydarzyło. tu tego zabrakło - widać popularyzacja tej formy rozrywki sprawiła, że wszyscy wiemy, o czym mówimy i co robimy, chodzi tylko o to, by się udało. ale udało się i to bardzo fajnie. miasto na 5 minut nabrało nowych, dodatkowych, krzykliwych barw.

następnym razem dobrze by było przedstawić relacje z drugiej strony barykady widowiska, z perspektywy aktora - pomyślałem. pewnie nadarzy się jeszcze niejedna okazja - w końcu miasto tętni życiem :)

ExIt#_

niedziela, 27 czerwca 2010

I : żywe złoto

>> EntEr

ten post generalnie jest przejściem. przejściem od formy oficjalnej do formy właściwej temu miejscu. od informacji ogólnych na temat zagadnienia do informacji szczegółowych na temat spotkanych epizodów ulicznych. no i w końcu przejściem się z wami po głośnym mieście.
teraz mamy lato. dużo ciepłych dni, dużo energii, dużo chęci by wyjść, krzyknąć, dotknąć. wiele osób korzysta z tej okazji, ze swoich predyspozycji, co kto ma. i idzie w teren. wynuża się z urabnistycznych jaskiń na powierzchnię, prostuje się, przypatruje betonowym gąszczom. słucha gwarnej, miejskiej symfonii. i-gra także.

[miesjce: krakowskie przedmieście_przed drzwiami wydziału geografii i studiów regionalnych_obok bramy głównej kampusu centralnego uniwersytetu warszawskiego

[czas: 14:45_miejscami pochmurne niebo, lecz ciepło i nie pada

[akcja: chłopak około 24 lat_gra na złotej trąbce
==

z początku wydało mi się to robotą jakiegoś szpiega. ale zaciekawienie sytuacjami sprawiło, że uczucie to minęło - wiedziałem w jakim celu to robię. usiadłem na przeciwko wysokiego, młodego chłopaka grającego na trąbce, wyjąłem zeszyt, długopis, czekałem. chłopak grał proste, rozpoznawalne przez przechodniów (publiczność) melodie, o czym świadczył fakt, że czasem dośpiewali lub donucili dalszą część. w pewnym momencie przyszła jego koleżanka. chłopak często przerywał grę rozmową z nią. jego gesty i ruchy sugerowały, iż muzykuje trochę od niechcenia. nie wiem, czy cel zarobkowy był w jego przypadku głównym czy drugorzędnym, w każdym razie tuż przed nim leżała czapka oczekująca na drobne wynagrodzenie ze strony publiczności w zamian za umilanie ich popołudniowego spaceru muzyką. to dosyć często spotykane. jeśli ktoś chce wyrazić swój entuzjam lub podziw, to zwyczajnie podchodzi i wrzuca do czapki tyle pieniędzy, ile uzna za stosowne. gest ten jako konwenans, znak zawierający się w konwencji tego typu wydarzeń rozumiany jest przynajmniej w całej europie. to jeden z podstawowych sposobów na wytworzenie się interakcji między osobą występującą a widzem. a w dodatku pozwala artyście dorobić sobie.

chłopak regularnie grał na przemian dwie melodie: jedna ze "skrzypka na dachu", druga z "ojca chrzestnego". dwa znane motywy z popularnych filmów. taka częstotliwość świadczyć może o ubogim repertuarze artysty, jego poziomie umiejętności lub braku doświadczenia i śmiałości do grania w przestrzeni miejskiej. albo równie dobrze o jego zamyśle, upodobaniach (w końcu obserwowałem go przez jakiś wycinek czasu trwania jego występu). niemniej jednak grał czysto, ładnie, światło odbijające się w złocie trąbki rzucało blask na pobliskie fasady budynków, melodia niosła się po ulicy, okalała kamienice, była przyjemna dla ucha. nie przyjmował roli performancera używającego instrumentu jako atrybut sceniczny w celu prowokacji, żartu czy demonstracji ukrytych treści. przekaz występu był prosty: chłopak grał na trąbce, by muzyką zaskarbić sobie sympatię przechodniów, którzy w drodze podziękowania wrzucą parę monet do jego czapki.

chociaż muzyka była sympatyczna, wykonywana dokładnie, a echo brzmień docierające w najciaśniejsze zakamarki ulicy podwajało efekt, niewieleu przechodniów reagowało w jakiś szczególny sposób na występ. raczej zajęci rozmową z kimś, kto idzie obok nich, mijali chłopaka obojętnie (choć pewne jest, że nie mogli pozostać obojętni na jego grę - mogli nie patrzeć, ale nie mogli nie słyszeć.), czasem wrzucali monetę do czapki, co nie zdarzało się jednak często. chłopak okazywał zniecierpliwienie, starał się werbalnie, za pomocą perswazji słownej skłonić ich do datków. to drugi, intensywny rodzaj interakcji, która momentami wytwarzała się pomiędzy dwoma biegunami tego samego zjawiska.

miejsce, które wybrał za "punkt emisji" wpływu jego muzyki na przechodniów, było odpowiednie: krakowskie przedmieście to reprezentatywna ulica, gdzie mijało go pełno turystów (obecność starego miasta i zabytków), studentów (obecność uczelni), a także wszelkich osób dokładniej niezdefiniowanych: starszych, dzieci, kobiet i mężczyzn, także zamożnych. istniejące kawiarnie i sklepy również wpływały korzystnie na dynamikę tamtego obszaru miejskiego, a więc teoretycznie zwiększały statystyczną ilość osób zainteresowanych jego występem, również tych, którzy mogliby go wspomóc. mimo to rezultat wydawał się marny, tak przynajmniej wyrażał to swoim zachowaniem chłopak. prostota akcji, jej powtarzalność w wielu miejscach przestrzeni miejskiej (oraz słabe zaangażowanie artysty) mogły stanowić przyczynę takiego przebiegu zdarzeń.

chłopak grał coraz rzadziej. w zasadzie tylko wtedy, gdy widział zbliżające się większe skupiska ludzi. tak oto tłum wpływał na jego występ: kiedy zbliżały się osoby, które mogłbyby być potencjalnymi widzami (trudno ustalić, kiedy nimi się stają - dopiero w momencie, kiedy zdecydowanie zwracając uwagę na muzyka, np. stając przed nim, wrzucając pieniążek - czy już wcześniej, z daleka słysząc melodię, czyli siłą rzeczy w jakiś sposób obcując z występem, będąc w zakresie jego oddziaływania) zaczynał intensywniej grać, zmieniać melodie, kontaktować się z nimi (wchodzić w interackje), kiedy jednak na ulicy zapanowywała pustka, chłopak opuszczał trąbkę, oddawał się rozmowie z koleżanką.

Godzina 15:01 - chłopak schował pieniądze i instrument, oddalił się. blask złota spełzł po ścianach. występ się skończył. miasto grało swoje.

ExIt#_

skądokąd

Myślę, że zanim przyjrzymy się konkretnym przykładom artystycznej aktywności w przestrzeni miejskiej, warto na wstępie umotywować wybór obiektu badań rysem historycznym zjawisk, które umożliwiły zaistnienie na ulicznej scenie specjalnych interakcji, według Ervinga Goffmana (badacza również w tej dziedzinie) zyskujących tu miano „spotkania”, a nawet „występu”:

„Występ (performance) można zdefiniować jako wszelką działalność danego uczestnika interakcji w danej sytuacji, służącą wpływaniu w jakiś sposób na któregokolwiek z innych jej uczestników. Uznając poszczególnego uczestnika interakcji i jego występ za najważniejszy punkt odniesienia, możemy tych, którzy przyczyniają się do występów innych, nazywać widownią, publicznością, obserwatorami lub współuczestnikami” (Erving Goffman)

Definicja ta, w sposób klarowny i wystarczający określa gatunek sytuacji, jakie mam zamiar tutaj opisać. Zresztą samo słowo „sytuacja” będzie jednym z kluczowych i najczęściej towarzyszących moim obserwacjom terenowym. Goffman we wstępie do „Człowieka w teatrze życia codziennego” szczególnie podkreśla interes jednostki znajdującej się w szerszym gronie, jakim jest kontrolowanie poczynań innych, a zwłaszcza ich reakcji na działania tejże jednostki. Oczywistym jest fakt, że mają to być reakcje pożądane przez jednostkę wchodzącą w interakcję z ową publicznością. Jednak interesuje mnie także proces odwrotny. Jednostka przygotowująca występ posiada – w minimalnym stopniu – szkic sytuacji lub wręcz – w maksymalnym – plan, który ma być zrealizowany punkt po punkcie. Dlatego też równie istotnymi elementami wspierającymi kryteria oceny występów (kryteria te zostały podane w poprzednim wpisie) będą aktywność uczestnictwa publiczności (waga współudziału, świadomość lub jej brak w odgrywaniu roli) oraz wskaźnik spontaniczności konkretnego zdarzenia. Gdy mówię o procesie odwrotnym, mam na myśli wpływ, jaki wywiera publiczność na jednostkę inicjującą spotkanie. Można założyć, że proces ten startuje z tego samego punktu, biegnie równolegle (słabnie lub przybiera na sile) i wypala się tam, gdzie show ma swój koniec. Choć znowu wpływ publiczności może wykraczać poza ramy widowiska, może je wyprzedzać, sięgać kolejnych jednostek i jako „efekt uboczny” być przekazywany z rąk do rąk. Są to jednak dalsze dywagacje o aktywności nie należącej już bezpośrednio do samego występu.

Na miarę moich obserwacji wystarczający, ale i ważny wydaje mi się ogólny schemat genezy omawianego zagadnienia. Nie chcę zbytnio rozwodzić się nad naukową i literacką stroną – na ten temat z pewnością cały czas powstaje mnóstwo esejów starających się uchwycić ten miejski żywioł, który i tak stanowi tylko cząstkę szerszego kontekstu znaczeń i problemów. Lecz aby mówić o jego kulturowo-historycznym wymiarze, na pewno trzeba wspomnieć o kilku podstawowych faktach, na przykład o tym, że wziął się bezpośrednio z tej samej idei, z której czerpały wszelkie formy sceniczne: teatralne, orkiestrowe itp.
I choć mówi się o nowoczesnej formie sztuki, jaką jest występowanie w przestrzeni miejskiej, zapomina się często, że takie właśnie były początki spektakli, kiedy najpierw królowały w antycznych, greckich i rzymskich amfiteatrach (bądź co bądź, mimo specjalnie przeznaczonego do tego miejsca, wszystko odbywało się na świeżym powietrzu, a więc „duch występu” docierał dalej, pełniej, niż w przypadku dokładnie zamkniętych pomieszczeń), zaś w średniowieczu istniały wędrowne grupy teatralne, zdolne wystawiać sztuki w każdych warunkach, a najczęściej miejskich. Dopiero później, wraz z teatrem szekspirowskim przedstawienia zaczęły być coraz szczelniej zamykane i przeznaczone dla coraz węższych, elitarnych grup społecznych. Publiczność musiała znudzić się zmanierowaniem i fałszem konwencji „teatru pudełkowego”, zbuntować się przeciwko eskluzywności tej formy rozrywki, aby znów zapragnąć tchnąć w niego życie. W sposób, wydawałoby się, najbardziej oczywisty, a mianowicie poprzez zorganizowanie przestrzeni. Tak powstał „teatr enwironmentalny”, charakteryzujący się brakiem wyraźnego podziału na scenę i widownię. A więc dwa czynniki niezbędne do zaistnienia wszelkich występów (mam na myśli aktora i widza) zaczęły ulegać przybliżeniu, potem przemieszaniu, wreszcie zespoleniu, wrażeniu identyczności ról we wspólnie dzielonym, jednym już środowisku, którym mogło być miejsce zwykle służące do innych celów, jak hangar, barak, ale i las, plac, ulica – miasto. Do przykładów takiego rozwiązania należy nowoczesna sztuka Przemysława Wojcieszka „Made in Poland” (swoją drogą - gorąco polecam), zrealizowana z Teatrem Dramatycznym im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, w 2004 roku; akcja sztuki rozpoczynała się na pobliskim osiedlu, potem przenosiła się do postindustrialnego budynku (gdzie siedziała widownia), jednak jej elementy również wykraczały poza tę przestrzeń, można było je dostrzec przez szyby okien.

Teatr, a zwłaszcza jego alternatywne, offowe warianty zburzyły ściany budynków, wyszły w plener, do ludzi. Konkretne scenariusze zaczęto zastępować spontanicznością akcji zastanych w otwartej przestrzeni, do której aktor i widz, nieustannie odziałowujący na siebie nawzajem, musieli się dostosować. Narodził się „happening”, bazujący na improwizacji, aktywności widza, wolnej ekspresji, gdzie sytuacja życiowa sama w sobie stawała się dziełem – i to dziełem otwartym. Dzisiaj publiczność, mając w pamięci, ile razy została "naznaczona" twórczością podczas spontanicznych widowisk (przyklejenie do krzeseł, oblewanie wodą etc.), nie daje się już tak łatwo zbulwersować, zaszokować; takie wyczyny nie absorbują nas tak, jak na samym początku. Niemniej nadal niezwykle łatwo można znaleźć w uliczkach, na skwerach „performancerów”, idących jeszcze dalej: stających się twórcą i materią sztuki jednocześnie. O nich i innych wolnych przedstawicielach sztuki ulicy następnym razem.

czwartek, 24 czerwca 2010

miastorośl

Witam wszystkich czytelników! Zarówno tych, którzy znaleźli się tu przypadkiem, jak i tych świadomie „grających w kolory miasta” widzianego moim okiem i opisywanego moim słowem. Mam na imię Kuba (podpisujący się dalej niekiedy jako ‘swz’) i właśnie kończę drugi rok studiów na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pierwotną przyczyną założenia tego bloga była realizacja projektu, który pozwoli uzyskać zaliczenie z przedmiotu „Wiedza o kulturze”. Jednak już teraz, po dokonaniu kilku obserwacji, a także uzyskaniu intrygujących wiadomości mogę zaryzykować tezę, iż rola tego miejsca wykraczać będzie poza studenckie minimum programowe. Sądzę, że to bardzo prawdopodobne, gdyż temat, któremu poświęcę zamieszczane tu teksty, wydaje mi się z jednej strony frapujący, złożony i nie dość zbadany, z drugiej – tak bliski moim zainteresowaniom. O czym więc mam zamiar pisać?

Zawsze fascynowało mnie powiedzenie: miasto tętni życiem. Używamy go kiedy chcemy syntetycznie wyrazić kondycję danej aglomeracji, podkreślić dynamizm wszelkich procesów w niej zachodzących. Jednak co w rzeczywistości kryje się za tym pojęciem? Czy jego sens ma wpływ na kształt kultury? I jaki jest ten wpływ – negatywny czy pozytywny? Co składa się na „rytm miejskiego tętna”?
Zatrzymując się przy ostatnim pytaniu uświadamiamy sobie, że miasto mówi, miasto słucha, śpiewa, tańczy, recytuje. Miasto to nie tylko kubistyczna panorama osiedli, placów, parków i ulic; to także żywy organizm, różnorodny i pełen energii, którego trzewia stanowimy my sami: przechodnie, widzowie, słuchacze, uczestnicy „gier miejskich”. Dlatego właśnie postanowiłem skupić się na tym, jak miasto tętni życiem „w nas”, jak my „oddychamy miastem”. Oczywiście szybko zdałem sobie sprawę, że problem widziany z tej perspektywy jest bardzo rozległy, obejmuje bowiem rozważania dotyczące natury samego miasta, ale i natury człowieka oraz ich wzajemnych relacji w wielu dziedzinach życia. Zatem poczynione obserwacje antropologiczne zdecydowane pierwszeństwo oddawać będą artystycznej sferze miasta – to jej obraz stanie się konkretnym tematem mojej pracy końcowej.

Wszelkie formy, wszelkie przejawy aktywności ludzkiej uznane za artystyczne lub posiadające cechy, elementy wyróżniające je w przestrzeni miejskiej (którą zresztą przeobrażają i wyjaskawiają) posłużą za obiekt skrupulatnych badań, opatrzonych swobodniejszymi opisami ulicznej rzeczywistości. Akcje plenerowe z udziałem tłumu, happeningi, popisy grajków, aktorów, tancerzy oraz niekonwencjonalne zachowania tajemniczych performancerów – to wszystko będzie można znaleźć w moich relacjach.

Zaobserwowane sytuacje będą rozpatrywane w kilku istotnych kryteriach:

- umieszczenie sytuacji w czasie i przestrzeni
- opis uczestników sytuacji oraz ich zachowań
- próby określenia wszelkich interakcji, relacji, jakie zaszły pomiędzy uczestnikami w tej sytuacji

Jak już wspomniałem, analizy konkretnych epizodów mogą być uzupełniane krótkim komentarzem lub dodatkowymi informacjami, wykraczającymi poza obręb podstawowych kryteriów badań. Forma stylistyczna i graficzna projektu również powinna być traktowana jako świadomy zabieg autora. Mam nadzieję, że treść opisywanych zdarzeń pozwoli wyłuskać nowe, wyjątkowe wiadomości na temat życia miejskiego oraz odnaleźć ukrytą wartość w impresjach miejskich, w każdym wykrzykniku ulicy.

wtorek, 20 kwietnia 2010

głośna próba mikrofonu

słychać zgiełk ulicy?
szelest przeciskających się kurtek przez tłum?
zgrzyt tramwajów?
słychać ludzi bębniących w miasto,
rozmawiających z miastem
tańczących przy mieście
a nawet
słuchających z miastem
?

czy wszystko gra?